Czarne chmury nad polskim piwem kraftowym

Wszystkie lokale gastronomiczne są zamknięte. Nie wierzę w plany ich otwarcia za pierwotnie zakładane 10, 20 ani nawet 30 dni. Już dziś odwoływane są imprezy i koncerty zaplanowane na maj i czerwiec…

Reklama

Za chwilę rozpoczniemy drugi tydzień kwarantanny. Świat zmienił się nie do poznania. Wszystko to, co kochałem, prysło jak bańka mydlana. Siedząc w domu, wpatrzony w białe, martwe ściany, odliczam dni, wsłuchując się w rytm coraz wolniej płynącej w żyłach krwi. Bardziej niż o tym, co jest, myślę o tym, co będzie – i do jakiego stopnia ludzie nie wyobrażają sobie potęgi kryzysu i recesji, która czai się za rogiem.

Ludzie, anonimowe jednostki, umierają codziennie – w wypadkach samochodowych, z powodu chorób, jak i z własnej woli. Niektórzy po prostu wolą odejść stąd na swoich warunkach, pokazując środkowy palec wszystkiemu wokół. Czasami, dla zabicia czasu, wpatruję się w aktualizowany na żywo licznik zgonów i ozdrowień powiązanych z panującą pandemią COVID-19. Liczby. Czy dziś przebije 11 tysięcy? O, zobaczcie, we Włoszech koronawirus przyniósł więcej ofiar niż w Chinach, a Hiszpania przegoniła Iran i wskoczyła na podium. Statystyka. Wchodzę na stronę z wiadomościami ekonomicznymi. Banki centralne w USA, Polsce i Europie odpaliły drukarki i wpadły w szał inflacyjnej polityki, którą odczujemy niedługo wszyscy. Tak źle nie było od wielu dekad…

Wróg u bram

O tym, jaki był obraz rynku kraftu w Polsce, pisałem na łamach Beer, Bacon & Liberty wielokrotnie. Nie spodziewałem się jednak wówczas, że prawdziwe zagrożenie przyjdzie z zewnątrz. Niebezpieczeństwo, wobec którego hasła typu „hazy IPA is the new eurolager”, monotonia trendów zakupowych, dominacja smaku słodkiego czy zakończenie etapu eksperymentów i ciekawostek, bledną, i pokazują, że były jedynie „problemami pierwszego świata”, możliwymi do identyfikacji i refleksji nad nimi tylko w obliczu względnego spokoju gospodarczego i finansowego wszystkich zainteresowanych. Trzeba to jasno powiedzieć: dziś walka nie toczy się o to, czy będziemy pili IPA z 25 czy 250 IBU. Dziś wszyscy razem jednoczymy się we wspólnym celu, aby 75% z nas nie wylądowało na bruku i abyśmy nie cofnęli się o dwadzieścia lat w polskim krajobrazie gastronomicznym i piwnym.

Realia niszowego biznesu

Aby zrozumieć sieć wzajemnych zależności finansowych, musimy nieco uchylić kuchenne drzwi tzw. biznesów prowadzonych z pasji. Znacie na pewno te historie o ludziach rzucających spokojny etat w korporacji, aby otworzyć małą kawiarnię/browar/restaurację, by w końcu porzucić monotonię życia i poświęcić się temu, co kochają. Rzeczywistość nie wygląda jednak tak, jak w lukrowanych artykułach publikowanych na łamach NaTemat.pl. Wskutek decyzji polskiego rządu (nie będę tu rozwodził się nad jej słusznością), wszystkie lokale gastronomiczne zostały zamknięte. Nie wierzę w plany ich otwarcia za pierwotnie zakładane 10, 20 ani nawet 30 dni. Już dziś odwoływane są imprezy i koncerty zaplanowane na maj i czerwiec. Oznaczać to może, że rządowy zakaz przestanie obowiązywać dopiero latem – o ile pogłoski o sezonowości wirusa SARS-CoV-2 się sprawdzą. W przeciwnym wypadku – kwarantanna może potrwać nawet dłużej.

Przeważająca większość pubów z kraftem, a także małych kawiarni, restauracji czy innych lokali gastronomicznych, nie posiada swoich nieruchomości, a właściciele tychże nie zamrożą najemcom czynszu z dobrej woli. Sektor nano- i mikro- , czyli właściwie wszystko, co nie jest sieciówką, nie posiada zabezpieczenia finansowego pozwalającego przetrwać tak długi okres. Prawda jest taka, że większość „pasjonatów” balansuje na granicy zera i modli się, aby dany miesiąc się spiął. To nie jest tak, że właściciele browarów rzemieślniczych, pubów kraftowych i sklepów specjalistycznych jeżdżą najnowszymi modelami luksusowych samochodów – częściej używanym, rozklekotanym vanem lub skodą w leasingu, którą zaraz zresztą stracą. Problemem staje się choćby tydzień bez przychodu, ale z kosztami stałymi. Otrzymuję sygnały od wielu pubów, że nie mają z czego zapłacić nie tylko za towar, ale nawet za czynsz, a pierwszy z nich – jak legendarny warszawski Hoppiness – zorganizował już zrzutkę charytatywną na przetrwanie lokalu. Takie są realia mikrobiznesu gastronomicznego w Polsce, który nie sprzedaje piw koncernowych i nie otrzymuje fantów z wielkich korporacji.

Spirala finansowych zatorów

Wracając do myśli rozpoczynającej poprzedni akapit – wzajemne powiązania finansowe wyglądają tak, że – obecnie zamknięte urzędowo i przynoszące straty z racji kosztów stałych – puby kraftowe, zamawiają piwo zarówno z browarów jak i hurtowni, umawiając się na odroczony termin płatności wynoszący z reguły tydzień lub dwa. O ile istnieje na rynku sporo dobrze radzących sobie i uczciwych płatników – którym w tym momencie chciałbym bardzo podziękować za nieustające wsparcie i bycie rzetelnym partnerem biznesowym, nie można ukrywać, że zatory płatnicze są prawdziwą zmorą poprzez to, że ogromna rzesza klientów nie przestrzega terminów płatności. Czy wynika to z braku płynności finansowej czy też zwykłego cwaniactwa? Niestety, ale bardzo często z tego pierwszego. Tych pieniędzy najzwyczajniej w świecie nie ma – co po części spowodowane jest tym, że – uwaga: trigger! – piwo rzemieślnicze jest zbyt tanie względem piwa koncernowego! Cwaniaków – rzecz jasna – zapewne nie brakuję, ale w tej chwili nikomu nie chcę zarzucać złej woli.

Rezultat tragicznej kondycji finansowej pubów jest taki, że pieniędzy nie otrzymuje hurtownia i browar, które już musiały zapłacić od wystawionej faktury podatek – gdyż tak skonstruowane jest polskie prawo. Co więcej, browar piwo butelkowane sprzedaje także do hurtowni, która również płaci z odroczonym terminem i – wskutek zatorów – też ma ogromne opóźnienia, akumulujące się w niektórych przypadkach nawet do kilku miesięcy wstecz! Na palcach jednej ręki można policzyć polskie hurtownie, które płacą za towar bez opóźnień – i chwała im za to! Browar traci więc podwójnie – na niewypłacalnych klientach zarówno detalicznych, jak i hurtowych. Nieliczni nie są pod kreską. W jeszcze gorszej sytuacji są browary fizyczne, które udostępniają swoje moce kontraktowcom. Jeśli sklep i pub nie zapłaci hurtowni, a hurtownia nie zapłaci kontraktowi, to kontrakt nie będzie miał z czego zapłacić browarowi fizycznemu za warzenie. Powstaje niekończący się łańcuch długów i wzajemnego kredytowania się na 0%, który nie dotyczy właściwie tylko tych, którzy mają ogromną skalę lub/i handlują z wielkimi sieciami. Co więcej – są to długi, których w obecnej sytuacji może nie być jak odzyskać, gdyż w momencie rozpoczęcia zamykania się lokali na stałe, a nie tylko czasowo, najzwyczajniej w świecie egzekucja komornicza okaże się bezskuteczna. Jeśli nie będziemy w tych arcytrudnych czasach wspierać polskich browarów rzemieślniczych, powrócimy do smutnych czasów, gdy – jak pisał Łukasz Matusik – jarać będziemy się musieli Raciborskim lub Żywcem APA. Im dłużej utrzymuje się obecny lockdown, tym więcej z nas – piwnych rewolucjonistów – najzwyczajniej w świecie zbankrutuje.

Festiwalowa pustynia

Kolejnym aspektem finansowego armageddonu jest odwołanie wiosennego sezonu piwnych festiwali, z których te największe generowały dla browarów duży zysk, wystarczający niejednokrotnie na pokrycie choćby kosztów produkcji całej warki piwa. Dodam, że pozycje, które miały mieć swoją premierę np. na Warszawskim Festiwalu Piwa, zostały już – z racji terminu – uwarzone. Utracony zysk z ich sprzedaży na festiwalu został wkalkulowany w proces produkcyjny, którego koszty i tak będzie trzeba pokryć. To generuje kolejne zadłużenie i zatory finansowe pomiędzy podmiotami.

Złowieszczy śmiech gigantów

Komu jest to na rękę? Wbrew pozorom – nie najlepszym browarom pod względem jakości, ale największym i najbogatszym, czyli koncernom, które – na spalonej ziemi – będą mogły dyktować warunki do woli. Mniej odczują kryzys browary regionalne i najwięksi kraftowcy, choć i oni muszą liczyć się ze stratami. Najmniejsi, którzy i tak traktują kraft jako dodatek do codziennej etatowej pracy, zapewne będą w stanie się jakoś przeczołgać zaciskając pasa. Najgorzej mieć będą średniej wielkości browary kraftowe, produkujące warki między 20 a 60 hektolitrów, gdyż nie będą w stanie upłynnić uwarzonego piwa w takiej ilości na mocno odchudzonym rynku, zwłaszcza, gdy odpada sprzedaż w kegach. Nie wspominam nawet o wielu świetnych browarach, które nie posiadają sprzętu do rozlewu w butelki i 100% produkcji kegują. Obecna sytuacja to dla nich automatyczne zawieszenie działalności do odwołania.

Wezwanie do broni

Co więc możemy wszyscy – jako konsumenci – zrobić? Przede wszystkim #wspieramypolskikraft!

Zaglądajcie często do swoich najbliższych sklepów specjalistycznych z piwem rzemieślniczym, kupujcie piwa z polskich browarów kraftowych, a pozycje, które można leżakować (portery, stouty i inne mocarze), kupujcie w dużych ilościach – nie zepsują się. W ten sposób możecie pomóc swojemu ulubionemu browarowi przetrwać te tragiczne czasy. Producenci piwa, którzy posiadają sklepik przy zakładzie, oferują różnorakie promocje i wyprzedaże. To doskonała okazja, aby wesprzeć ludzi, których szanujecie!

Wspieraj również lokalną małą gastronomię. Nie zamawiaj jedzenia z sieciówek, korzystaj z opcji dowozu lub odbioru osobistego organizowanego przez mikroknajpki prowadzone z pasji. To nasi rewolucyjni bracia i siostry!

W tej chwili działa kilka serwisów, które oferują dostawę piwa do najbliższego punktu odbioru – lub wręcz pod drzwi. Są to ipiwo.pl, kraftklub.pl, oraz aplikacja Glovo (pierwsze zamówienie warte >30 zł z 15 zł zniżką z tym kodem: 4LLAF1P).

Niewykluczone, że w ślad za Hoppinessem za chwilę kolejne puby uruchomią zbiórki – je również warto wesprzeć. Kupujcie vouchery, które wykorzystacie, gdy wszystko wróci do normy, a jak już minie panika, nie bójcie się! Idźcie tłumnie do ulubionego multitapu, pijcie dobre piwo i nie pozwólcie, aby ostatnie kilkanaście lat pracy u podstaw poszło na marne. Nie zaprzepaśćmy tego, co osiągnęliśmy w zakresie promocji dobrego smaku i kultury picia piwa w miejscach tworzonych z pasją!

Nieuchronnym jest także uruchomienie podobnych akcji pomocowych przez producentów piwa. Obserwujcie ich strony na Facebooku i grosza dajcie browarowi. Fizyczne zakłady mogą oferować pakiety piw do odbioru w lokalnym sklepiku, vouchery na pokazy warzenia lub zwiedzanie połączone z degustację. Kontrakty zaś będą ratowały się zapewne kuponami na szkło, ubrania czy inny merch, a także talonami na piwo do odbioru podczas piwnych festiwali, które – miejmy nadzieję – szybko powrócą do kalendarza.

Na koniec – najważniejsze – to nie czas na spory wewnętrzne! Dziś wszyscy gramy do jednej bramki, w jednej drużynie. Albo przetrwamy to razem jako kraft i mikrogastronomia, albo powrócimy do krajobrazu sprzed rewolucji. Działajmy TERAZ!

Dołącz do wydarzenia #wspieramypolskikraft na Facebooku już teraz. Dziękuję z całego serca tym, którzy wspierają polski kraft oraz polską mikrogastronomię! 

Artur Karpiński, współwłaściciel browaru Golem, autor bloga beerbaconliberty.com

Piwo jak ostrygi, a nie jak hot-dog ze stacji

Reklama

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *