Piwo jak ostrygi, a nie jak hot-dog ze stacji

Żeby napić się najlepszego piwa na świecie trzeba wydać dużo mniej pieniędzy niż żeby się napić najlepszego wina. Tymczasem to właśnie piwo da nam zdecydowanie więcej doznań! – stwierdza Artur Karpiński z Browaru Golem.

Reklama

Rozmawiamy podczas Warszawskiego Festiwalu Piwa. Widzimy tu pełen przekrój społeczeństwa, tymczasem usłyszałam niedawno opinię, że piwo to napój dla gówniarzy i że wyrasta się z picia tego trunku…

Wystarczy popatrzeć jaka tu jest frekwencja i zobaczyć czy są tu gówniarze. Myślę, że z gównianego piwa się wyrasta i, jak sama nazwa wskazuje, gówniane piwo piją gówniarze. W polskiej kulturze alkoholowej utarło się, że piwo jest marnym trunkiem w porównaniu np. z winem czy whisky. To jest bzdura, która była prawdą w czasach, kiedy nie było dobrego piwa, czyli przed piwną rewolucją, która rozpoczęła się w 2011 roku. Piwo z wielkich koncernów nie ma żadnej wartości sensorycznej, żadnego przekazu czy wartości kulturotwórczej. To jest zwykły sikacz, który można sobie wypić do grilla czy meczu i który może się znudzić. Dzięki temu, że mamy piwną rewolucję, odkrywamy całą paletę smaków, przekraczamy kolejne piwne granice. Powiem więcej, acz jest to mało popularna opinia w alkoholowym świecie, za to powszechna w świecie piwnym – piwo może dać więcej doznań smakowych i zapachowych niż wino. Żeby napić się najlepszego piwa na świecie trzeba wydać dużo mniej pieniędzy niż żeby się napić najlepszego wina. Tymczasem to właśnie piwo da nam zdecydowanie więcej doznań! Oczywiście, też lubię wino i to nie jest żadna szpilka w stronę winiarzy, bo generalnie uwielbiam wszystko co ma smak, nieważne czy jest to jedzenie czy picie (alkoholowe czy bezalkoholowe). Dzisiaj walczymy z tym, żeby skończyć z opinią piwa jako napoju dla plebsu czy jak powiedziałaś – dla gówniarzy. Chodzi o to, żeby zrównać piwo w świadomości społecznej z winem.

Jak to zrobić?

To jest karkołomne zadanie, bo restauratorzy krzywią się na nieznane piwa. Znam historię o tym jak próbowano w jednej z najlepszych stołecznych restauracji „wcisnąć” piwo kraftowe, nie z polskiego, ale z uznanego zagranicznego browaru. Znany z telewizji restaurator stwierdził, że to nie jest dobry pomysł, bo do niego przychodzą ludzie o określonym statusie, a tacy ludzie piją wino, a nie piwo. Bardzo bym chciał, aby to się zmieniło w świadomości społecznej, bo poza czystą tradycją kulturową czy snobizmem nie ma to pokrycia w doznaniach sensorycznych.

Niestety, często jest tak, że w drogich restauracjach podawane są wina w cenie nawet kilkuset złotych za butelkę, a jednocześnie można kupić tylko piwa koncernowe. Skąd bierze się takie podejście?

Mówimy tu o drogich restauracjach, w tym tych przy ekskluzywnych hotelach, a nie tych dla smakoszy. Jeżeli ktoś jest w stanie wydać 10 tysięcy za nocleg, to nie wierzę, że dlatego, iż oczekuje, że materac będzie jakiś szczególny. Z doświadczenia wiem, że tacy ludzie bardziej niż do smaku przywiązują wagę do marki. Będąc w drogiej, przyhotelowej restauracji w Poznaniu, otworzyłem kartę i w każdej kategorii królowała marka numer jeden na świecie. Jeżeli była to whisky to ta, która na etykiecie ma pana z melonikiem, napój niealkoholowy to była słynna, czerwona puszeczka, a piwo – słynny holenderski browar na literę „H”. Ci, którzy tam chodzą, chcą, jako ludzie biznesu, utożsamiać się z wielkimi markami. Uważam, że jeżeli ktoś ma takie priorytety w życiu to OK. To jednak wcale nie oznacza to, że jest to najlepszy napój niegazowany, piwo czy whisky.
Trzeba rozróżnić restauracje autorskie od tych dla snobów. Tym niemniej nadal w tych pierwszych zdarza się, że serwuje się koncerniaki. Powoli się od tego odchodzi, bo browary rzemieślnicze starają się z tym walczyć. Niestety, jest to trudne, bo koncerny wciąż serwują to samo piwo – jak wziąłeś piwo na literę „Ż” czy „T”, to mogłeś je serwować przez 10 lat, bo zawsze miało ten sam nijaki smak. Dodatkowo, niegdyś zapewniały też wszelkiego rodzaju sprzęt, lodówki i stałą umowę. Kilku chłopaków z marzeniami zawsze przegra walkę z multimilionową armią korporacyjnych żołnierzy – o ile im się nie zaufa. Ale to się zmienia – robi się moda na produkty lokalne, regionalne, z małych zakładów. Kraft też na tym korzysta.

A tymczasem browary rzemieślnicze mają każdą warkę danego piwa inną…
Golem ma ofertę sezonową, z którą przychodzę do restauratora. I on testuje próbki i mówi, że podoba mu się to czy tamto. A ja mu mówię, że za trzy miesiące tego piwa nie będzie, za to będzie inne. Chcę, aby oni zaufali mojej marce, że my zrobimy coś fajnego i że będzie to coś nowego. Gdybym robił zawsze to samo, tobym umarł z nudów i zajął się sadzeniem konwalii, a nie warzeniem piwa.

Jak zatem to zmienić?
Parafrazując słowa ojca dyrektora z Torunia – siać, siać ziarno… piwnej rewolucji. Pokazywać, przekonywać, organizować warsztaty i szkolenia dla restauratorów, kelnerów, barmanów, w tych restauracjach, które nie chcą być dla gawiedzi, tylko aspirują wyżej, ale nadal serwują gawiedziowe trunki.

Wielu moich znajomych nadal jednak uważa, że nie ma to jak zimne jasne pełne.
Dlaczego eurolager jest tak poopularny?
Nie bez powodu serwuje się go bardzo zimnego – bo niska temperatura temperatura zabija zarówno wady jak i zalety. A że tych pierwszych jest więcej… Nie jest to jednak jakiś spisek koncernów. Jest popularny, bo ludziom smakuje taka nijakość – rynek zweryfikował. Eurolager ma się do kraftu z perspektywy ekonomiczno-degustacyjnej tak samo jak muzyka grana w masowym radiu do awangardowego jazzu albo jak twórczość pewnego reżysera, który upodobał sobie filmy o polskiej mafii do arcydzieł Ingmara Bergmana, czyli jest po prostu bezjajeczną papką dla konsumenta masowego, takiego inżyniera Mamonia z Rejsu. Na oko 80 procent ludzi nie chce zastanawiać się nad swoim życiem i nad tym co robi, je czy pije. My zaś chcemy trafiać do tych, którzy zadają sobie w życiu pytania i którzy wstając rano nie działają zaprogramowani jak maszyna – „myję zęby, idę do pracy, przytulam żonę i idę spać” – i tak aż do śmierci albo do emerytury, jak Kapitan Państwo pozwoli. To nie jest target dla nas, dla browaru Golem, ani nawet – moim zdaniem – w ogóle dla piwnej rewolucji. Nie chcemy robić piwa masowego. Według mnie piwo kraftowe powinno celować w to, by stać się czymś w rodzaju świeżo wyłowionych ostryg, a nie hot-doga ze stacji benzynowej, bezrefleksyjnie jedzonego w pośpiechu pomiędzy jednym beknięciem a drugim. Obserwując jednak rynek, wyraźnie widać, że browary wybierają zarówno jedną, jak i drugą drogę. Tak więc – dla każdego coś miłego!

Rozmawiała Anna Krzesińska

WIĘCEJ O PIWIE ZNAJDZIECIE TUTAJ.

 

Reklama